Strony

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Safe House

\W temacie filmów sensacyjnych jestem niemalże typową dziewczynką: strzelaniny mnie nie interesują, pościgi irytują i dłużą się, a roztrzaskujących się co chwilę samochodów mi najnormalniej w świecie szkoda. Z tego i kilku innych względów po sensację sięgam rzadko, a jeśli już, to zwykle dlatego, że przyciągnęły mnie znane nazwiska lub - jak w przypadku Safe House - jedno nazwisko: gościa, który po prostu nie występuje w kiepskich filmach. Wyszło pokracznie, bo film - choć kiepski nie jest - do klasyki gatunków też się nie zaliczy, ale Denzel - jak to Denzel - zawsze tak samo dobry. Chociaż tyle.
 


Tobin Frost (Denzel Washington) jest wrogiem nr 1 rządowej agencji wywiadowczej. Sam kiedyś do tej organizacji należał, ale podziało się to i owo, no i teraz stoi po drugiej stronie, ścigany nie tylko przez agentów CIA z całego świata, ale i mało ciekawych typów, jako że jest w posiadaniu informacji, które mogą zrujnować grube ryby. Żeby uciec jednym, musi wpaść w ręce drugich - ale przecież Frost doskonale wie, jak działa CIA. Safe house, do którego trafia, nie kryje dla niego zagadek, a młodziutki agent Matt Weston (Ryan Reynolds), który ma go pilnować, tylko zgrywa ważniaka - dla Frosta jest czytelny jak na rentgenie. (Nie)spodziewany zwrot akcji stawia Frosta i Westona po jednej stronie. Zwycięży wierność służbie czy własna moralność?
 
Czy Was jeszcze takie filmy zaskakują? Pytam z ciekawości, bo mnie jest trudno się określić z dwóch powodów - nie oglądam ich za wiele i nie mam co do nich specjalnych oczekiwań. Wiele z nich wydaje mi się maksymalnie przewidywalnymi, więc jedna z niewielu rzeczy, które mnie w nich interesują (fabuła), zostaje wyproszona za drzwi. Pozostaje więc oglądać bijatyki i modlić się o jakiś zwrot akcji, który uratuje film i da aktorom szansę wyjść na chwilę z szablonu. W Safe House ten scenariusz, niestety, się sprawdza. Mniej więcej po kwadransie jest jasne, kto jest "bad guy", choć, muszę przyznać, z nadzieją oczekiwałam, że to wcale nie będzie takie proste i złym okaże się ktoś zupełnie trzeci. Było kilka scen, które oglądało się bardzo dobrze - to przede wszystkim dialogi Frost-Wattson, z akcentem na Frost, ponoć niektóre strzelaniny i pościgi również okazały się niczego sobie, ale zabrakło nowego ujęcia - ujęcia, bo o temat już w tym gatunku rzadko się zabiega. Aktorsko rzecz ratuje, naturalnie, Denzel. Trochę dziwi, że zaangażował się w ten projekt, ale może ulitował się nad znajomym i pomyślał: "Cóż, Denzel, zapowiada się kiepsko. Uratujmy ten film" (taa, na pewno tak pomyślał...). No i uratował, jakoś. Reynolds rolę odegrał poprawnie, umiejętnie wyakcentował cechy bohatera, ale daleko mu do byłych filmowych partnerów Denzela (tej natury osobowościowej) - Hawke'a czy Pine'a. Vera Farmiga stara się jak może, ale tu jakoś wyjątkowo odrzucała. Ogólnie, nie ogląda się tego źle - nie dłuży się specjalnie, nie irytuje, ale to kolejny film, który mówi: "nie wymagaj ode mnie zbyt wiele". Aż strach, bo kasowych filmów, które stawiają poprzeczkę jest coraz mniej (ale może dlatego tym bardziej cieszy kontakt z nimi).
 
Czy polecam? Coraz większy mam z odpowiedzią na to pytanie problem. Blogowi koledzy i koleżanki wybrnęli z tego ambarasu, serwując punktację, ale u mnie się to nie sprawdza - jestem za dobra i zwykle mi filmu, twórców i wszystkiego wokół bardzo szkoda, więc zawyżam. Konsekwentnie więc się wysilę: polecam na filmowy wieczór "bez pomysłu", bo to przyzwoite - choć wtórne - kino, ale miłośnicy filmów akcji będą raczej zawiedzeni.

 
Źródło zdj.: hbo.com

 

7 komentarzy:

  1. Lubię dobre kino akcji, nie wymagam od niego zbyt wiele. Zaskakujące zwroty i dobre dialogi są mile widziane, ale jeśli film ma dobrą akcję, dostarczającą solidnej dawki emocji, to czasem mi to wystarcza, jeśli poprowadzona jest sprawnie i w dodatku z jakimś charyzmatycznym bohaterem. Washington posiada charyzmę i potrafi być wiarygodny. No i należy do moich ulubionych aktorów, ale to nie oznacza, że oglądam każdy film z jego udziałem - nadal nie widziałem ostatniego filmu Scotta "Unstoppable", ale zarówno ten film jak i "Safe House" zamierzam wkrótce obejrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  2. A mi się właśnie marzy takie dobre kino akcji, ostnio nie mam jakoś szczęścia

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja nawet lubię sobie obejrzeć takie rozwałki, ale coraz bardziej denerwuje mnie to, co napisałaś o przewidywalności fabuły. Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach idą na maksymalną łatwiznę i nie tworzą tak ciekawych zwrotów akcji jak chociażby w "Podejrzanych".

    OdpowiedzUsuń
  4. czasami lubię sięgnąć po jakiś film sensacyjny pełen strzelaniny, ale nie są to zbyt ciekawe produkcje. "Safe House" nie oglądałam i raczej nie zamierzam :)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja ostatnio strasznie unikam tego typu filmów ! Nie lubie kina akcji i nie wiem, jakoś mnie nie do końca do niego przekonałaś. Ale to może tylko takie moje przesądy :) Zapraszam do siebie na pierwszą recenzję horroru "Sweeney Todd - Demoniczny golibroda z Fleet Street" :D

    OdpowiedzUsuń
  6. A czemu pierwszą? Sweenety to mój ulubiony film Burtona i jeden z ulubionych w ogóle, fajnie, że po niego sięgnąłeś:)

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja Denzela nie lubię, jego nazwisko raczej mnie odstrasza od tytułu niż zachęca, nie lubię go na ekranie choć może zwyczajnie nie trafiłam jeszcze na jego dobry film ;)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.