środa, 21 listopada 2012

Cosmopolis (2012)

reżyseria: David Cronenberg
scenariusz: David Cronenberg
produkcja: Francja, Kanada, Portugalia, Włochy
gatunek: dramat
dystrybucja polska: Monolith Films

Dobra, załatwmy to szybko. Chcę, żebyście wiedzieli, że ta recenzja to nie upust mojej energii i weny twórczej, a zwyczajna, podszyta empatią chęć uchronienia was przed zmarnowaniem dwóch godzin swojego cennego życia. Pisanie o Cosmopolis jest jak oglądanie go tuż po zorientowaniu się, że historia wabi tylko opakowaniem: nudne i podszyte niechęcią połączoną ze złością. I takim uczuciem, które znakomicie oddaje pewien angielski, dobrze nam wszystkim znany, skrót: wtf?!

Chodzi generalnie o to, że jest sobie taki Eric Packer (Robert Pattinson). Eric Packer jest nowojorskim biznesmenem i/więc multimilionerem i ma tę cechę ludzi obrzydliwie bogatych, którą określić można jako tumiwisizm. Gościa, krótko mówiąc, mało co rusza, a jego życiowym celem jest szukanie wrażeń, których jeszcze nie zaznał. A tych, wygląda na to, wiele nie ma, bo i w limuzynie, w której Eric spędza całe dnie, można czerpać z życia pełnymi garściami. Więc tak sobie bohater tą swoją limo jeździ po NY, dywagując ze swoimi zmieniającymi się jak w kalejdoskopie rozmówcami o najnowszych kursach walut, zamachu na prezydenta czy pogrzebie znanego rapera, ewentualnie uprawiając mechaniczny seks lub poddając się badaniom lekarskim. I tyle właściwie.

Polski wydawca powieści Dona DeLillo o tym samym tytule (na podstawie której, naturalnie, film został nakręcony) nazywa Cosmopolis "hipnotyzującym literackim tour de force traktującym o współczesnej metropolii, stechnicyzowanym człowieczeństwie i marzeniu o nieśmiertelności". Nieźle, nie? Ja nie umiem tak ładnie napisać, bo po pierwsze nie rozumiem niektórych trudnych słów, bo po drugie nie ogarniam, o co w tej powieści chodzi, bo po trzecie nie łapię zupełnie fenomenu DeLillo, który jest jednym z najwybitniejszych współczesnych pisarzy amerykańskim. Przebrnięcie przez książkową wersję Cosmopolis było męczarnią - pierwszoosobowa perspektywa narracyjna przybliżała do postaci zbyt odrażającej, by można było z nią sympatyzować lub choćby zaszczycić neutralnym stosunkiem; pojawiające się nagle i bez powodu dialogi wywoływały konsternację i zagubienie w toku akcji; przewijające się za oknami limuzyny kartki z życia Nowego Jorku migały zbyt szybko i zbyt blado, by je zapamiętać; a wulgaryzmy wpadały w narrację w tak pozbawiony logiki i stylu sposób, że aż się odechciewało w tym wszystkim uczestniczyć. Dotarłam do końca, bo gdzieś jednak w głębi duszy wierzyłam, że finał przysporzy mnie o dreszcze, że będzie jakieś wielkie wow, takie wiecie, z klasą, na którą może sobie pozwolić poczytny pisarz. Ale nie. Nic z tych rzeczy. Fabuła Cosmopolis jest wydumana i koślawa, a poszczególne sceny nie mają ze sobą większego związku. Trochę może jak w życiu - i to byłoby chyba jedyne rozsądne wytłumaczenie szczycenia świata tą historią, które byłoby do przyjęcia.

To nie tak, że jestem zupełnie ślepa i nie widzę, co DeLillo, a za nim Cronenberg próbowali pokazać. Jasne, że to znak naszych czasów - ten Nowy Jork, widziany zza szyb (nie byle jakiego) samochodu, będący symbolem współczesnej metropolii, ta mozaika wydarzeń różnych natur i kultur, dziejących się na jednej ulicy, to poddanie się władzy pieniądza i zmiennym koniunktorom, to nastawienie na odbieranie (bodźców i przyjemności przede wszystkim). Tak, wszystko tak. Tylko kogo to właściwie jeszcze zdumiewa? kogo interesuje? kto ma czas i ochotę pochylać się nad czymś, co jest jasne jak słońce i co wybrał lub z czego zrezygnował, chcąc iść dalej? Cronenberg nie czyni z Cosmopolis niczego, czym ono nie jest, skupiając się wyłącznie na tym, by odtworzyć, nie zadając sobie trudu, by interpretować. Straszna szkoda, bo interpretacja mogłaby być o wiele ciekawsza od bezrefleksyjnego przekładania. Zabrakło powiewu świeżości, nowej formy dla starej treści. W zamian za to wciąż te same pseudofilozoficzne dysputy, które mają za zadanie "ubogacić" film pozbawiony akcji, i odpychający, bo w gruncie rzeczy zupełnie nijaki bohater. W dodatku o twarzy Pattinsona. No nie, nie i jeszcze raz nie. To się nie mogło udać, więc się nie udało. Cronenberg. Czemu mnie to jeszcze dziwi?

Czy polecam? Nigdy w życiu.


7 komentarzy:

  1. Mnie "Cosmopolis" baardzo ciekawiło. Zaczynając na tym, że gra tam Samantha Morton, kończąc na tym, że za kamerą stoi sam Cronenberg. I cóż... Ja zmarnowałem te dwie godziny mojego życia. Bardzo słaby film, dialogi sztywne, bez żadnej dynamiki. To wszystko takie kwadratowe, aż za bardzo poukładane. Mało sympatyczny film dla widza. W pełni zgadzam się z twoją opinią :>

    OdpowiedzUsuń
  2. Haha, Cronenberg już raz mnie wkurzył, swoim pseudo-mądrym "Crash", które jest...koszmarnie słabe. Tak więc myślałam sobie, że okej, Pattinsona średnio lubię, zachowuje się jakby robił wszystkim łachę grając w filmach, ale może "Cosmopolis" pokaże mi jego lepszą stronę. Ale nie sięgnęłam i z tego co widzę u większości opinii nie ma co żałować.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się ze wszystkim, co napisałaś. Nie wierzę, że wytrzymałam w kinie do końca; pierwszą połowę filmu spędziłam na myśleniu, że zaraz może wydarzy się coś sensownego, co powiąże ze sobą wszystkie dotychczasowe migawki - niestety, bezskutecznie. Cieszę się, że przybliżyłaś też opowiadanie DeLillo, ponieważ sama nie miałam okazji go przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Chyba za żadne skarby świata nie obejrzę dobrowolnie tego filmu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpisuję się rękami i nogami! Czytałam wiele opinii i wszystkie były negatywne.

      Usuń
  5. Miałam już 3 podejścia do tego filmu i 2 podejścia do tej książki. Wszystkie zakończone niepowodzeniem... Miałam też napisać o tym recenzję na swojego bloga, ale już nie muszę. Ty powiedziałaś wszystko :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja byłem zachwycony Cosmopolis - dla mnie osobiście jest bliski doskonałości (gdyby tylko poprawić reżyserię dialogów), tak dzisiaj trafiłem na post i strasznie mi się nie spodobało kończące nigdy w życiu :-) więc chciałem stanąć w obronie filmu. Pisałem u siebie na temat tego filmu "Film Cronenberga to niepokojące doświadczenie, którego łatwo nie usunę z pamięci. Rozpoczynając podróż limuzyną należy zapomnieć o wszystkim co znane. Czas – tutaj nie obowiązuje." i faktycznie już w Cannes podzielił on bardzo mocno publiczność festiwalową - ja jednak przechodzę na stronę pewnie mniej zaludnioną - doceniających ten film.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.