środa, 17 lipca 2013

Dzień kobiet (2012)

reżyseria: Maria Sadowska
scenariusz: Katarzyna Terechowicz, Maria Sadowska
produkcja: Polska
gatunek: dramat
dystrybucja polska: Kino Świat

Uwielbiam takie niespodzianki. Po Dniu kobiet Sadowskiej nie spodziewałam się wiele dobrego. Nawet nie umiem powiedzieć, dlaczego. Może ten bluźnierczy opis rodem z Gali (ups, on jest z Gali), okrzykujący film polską wersją fantastycznej Erin Brockovich, tak mnie rozdrażnił, że nie uraczyłam tytułu nawet jednym spojrzeniem. Może doświadczyłam dysonansu wynikającego z obsadzenia w głównej roli aktorki kojarzonej z innymi niż kino pierwszoplanowe obszarami kultury i realizowania produkcji przez kobietę, która - podobnie - działała już chyba w każdej działce sztuki. A może po prostu miałam muchy w nosie. Cokolwiek się podziało, że do filmu dotarłam dopiero teraz, jest smutne, bo ominął mnie kawał całkiem niezłego kina kobiecego - przez kobietę popełnionego i o kobiecie mówiącego, sięgający jednak o wiele dalej niż pseudofeministyczny jazgot.


Była jakiś czas temu taka głośna sprawa z fatalną sytuacją kasjerek marketów w roli głównej. Że wykonują pracę ponad swoje siły, że nie otrzymują wynagrodzenia za nadgodziny (liczone w setkach), że siedzą na kasach w pampersach, bo nie mogą nawet skorzystać z toalety w trakcie zmiany itd. Mowa była o wielu znanych sieciach handlowych, m.in. o Biedronce. W filmie Sadowskiej żadna z tych głośnych nazw własnych wprawdzie nie pada, ale skojarzenia z tą ostatnią są nad wyraz czytelne (z nazwą w pierwszej kolejności). Fabuła jest prosta: oto Halina (Katarzyna Kwiatkowska), samotna matka bojowo dojrzewającej nastolatki, otrzymuje awans na kierownika sklepu. Sytuacja, jak nietrudno się domyślić, stwarza spory dystans między nowa szefową a jej koleżankami, z którymi dotychczas trzymała mocno sztamę, i rodzi sporo konfliktów. Tym bardziej, że Halina jest pod groźbą utraty stanowiska zmuszana przez "górę" do manipulacji i podejmowania decyzji, których nigdy by nie podjęła. Aż do przekroczenia granic prawa, etyki pracy i własnej moralności. Sądowa walka, którą kobieta podejmuje w celu zmiany chorego systemu, szybko obraca się przeciwko niej, odbierając jej to "niewiele", które jeszcze jej zostało.

To wcale nie jest takie łatwe zrobić dobrze film z ciekawą, ważną społecznie historią. Wielu reżyserów wychodzi z założenia, że w takich przypadkach fabuła intryguje wystarczająco, by wciągnąć widza w ciąg akcji i nie warto już dbać o jej stronę formalną. Co, naturalnie, psuje zwykle efekt - sposób podania jest równie istotny, co sama treść i aż żal ściska, gdy potencjał jest marnowany przez niedostatki techniczne. Całe szczęście, Maria Sadowska nie poszła tą drogą. Off-owa krew, płynąca w jej intertekstualnych żyłach, dała o sobie znać choćby w doborze zespołu - za zdjęcia i montaż filmu odpowiedzialny jest duet Ładczuk & Kamiński, który z powodzeniem pracował m.in. przy świetnie zrealizowanym serialu Bez tajemnic; obaj maja też na koncie naprawdę dobre tytuły, które mogą się podobać bardziej lub mniej, ale o których nie można powiedzieć, że są nieudane. To bardzo dobrze o niej (Sadowskiej) świadczy.

Tym bardziej, że sama historia jest napisana i przedstawiona bardzo realistycznie. A przecież wcale nie jest oparta na faktach. Nawet inspiracje wydarzeniami, o których krzyczały swego czasu media, są tu wpisane tylko umownie. Losy uwikłanej w żelazne ramiona korporacji Haliny są zresztą bardzo uniwersalne, bezlitosna polityka firmy i siatka zależności wewnątrzkadrowych - dziwnie znajome, a walka z nadużyciami to takie niezrealizowane marzenie wielu polskich pracowników. Dzień kobiet to kolejny dowód na to, że strach (tu: przed zwolnieniem, biedą) jest silniejszy od godności. Dojmująco smutne, ale jakie bliskie.

Świetnie zagrany (cudownie naturalna Kwiatkowska!), bardzo przyzwoicie zrealizowany (jeszcze ta oprawa muzyczna! oczywiście Sadowska, again), zupełnie niesłusznie pominięty (znów sprawdza się teoria, że co słabo wypromowane, to dobre), zdecydowanie wart uwagi (mimo pewnej tendencyjności i przedramatyzowania). Nadrabiajcie.

Czy polecam? Tak.


8 komentarzy:

  1. Dla mnie film niezły
    (generalnie nie przepadam za kinem "społecznym"), ale może mi się wydaje chyba nieco przejaskrawiony, a własciwie zbyt wiele problemów. I trup w markecie i poronienie podczas inwentaryzacji nocnej i romans z przełożonym i kredyt i zbuntowana nastolatka i śmierć matki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, rany, nie wiedziałam, że w jednym zdaniu można tyle razy zaspoilerować;)

      Usuń
  2. Problemem jest tu to, że Halinka przeżywa sama wszystko złe co spotkało kasjerki całej Polski, Sadowska zrzuciła na nią wszelkie możliwe kataklizmy nieszczęśliwej kobiety. + tak jak już gdzieś pisałem - relacja matka-córka jest w tym filmie tak sztuczna, że bardziej już być nie mogła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie to zupełnie nie raziło. Halina jest tu symbolem tych problemów i jeśli ujmiemy jej losy w cudzysłów, to te zdarzenia nie wypadają już tak jaskrawo. Nie mniej jednak rozumiem, o czym piszesz.

      A jeśli chodzi o relację matka-córka, zgoniłabym trochę na niedoświadczenie aktorki, która grała Misię, trochę na brak czasu na pociągnięcie wyraźniejszej kreski na tym wątku. Bo rzeczywiście ta relacja jest tylko muśnięta.

      Usuń
  3. Też oglądałam dopiero w zeszłym tygodniu i byłam w niezłym szoku, że film zaklasyfikowałam sobie do kategorii "dobry". Film o kobietach, na który zapracowały świetne kobiety (Sadowska, Kwiatkowska, Barszczewska, Kolak, Kulesza - no świetne mamy artystki w Polsce!)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, akurat Kulesza to jest tu trochę chwytem marketingowym, bo jest jej tyle, co kot napłakał, ale że świetna aktorka, to się zgodzę:) I z tym, że babeczki dały radę też:)

      Usuń
  4. jakoś zawsze z niechęcią i trudem sięgam po większość polskich filmów (są też perełki, do których wracam) - to jakieś dziwne uprzedzenie, którego pozbywam się systematycznie, skoro jednak polecasz to być może naprawdę warto, chociażby ze względu na Panią Kwiatkowską :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ooo, to się zdziwiłam. Prawdę mówiąc wcześniej widziałam tylko plakat tego filmu, jego fabuła nawet w najmniejszym stopniu nie była mi znana, ale jakoś z góry założyłam, że to będzie syf. Może tak na mnie zadziałał ten dopisek od "GALI", przez który produkcja skojarzyła mi się z "Oszukanymi" (zalatującymi kiczem i melodramatyzmem na odległość)...

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.