Jeszcze do niedawna udział znanego aktora w serialu był uznawany za zawodową degradację. Bo jak to, mały ekran, odcinki, mniejszy zasięg, niższa gaża i ograniczona popularność...? Kto się na to świadomie godzi? Jak się okazuje - coraz więcej hollywoodzkich gwiazd, tych zapomnianych i tych całkiem na topie. Cieszący się uznaniem krytyków i sympatią widzów właśnie w serialach tworzą kreacje zapadające w pamięć na lata i przez lata też - jeśli nie przez całą swoją karierę zawodową - jednoznacznie z tą rolą kojarzeni. Czasy, w których rola w serialu była przepustką do wielkiego ekranu (case Jennifer Aniston alias Rachel w Przyjaciołach), jeszcze się nie skończyły (czy ktoś zwracał mocniej uwagę na Bryana Cranstona, sporo grającego w filmach przed fenomenalnym występem w Breaking Bad?), ale rynek serialowy szuka świeżości. I tę świeżość gwarantują (u)znane nazwiska.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eva green. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eva green. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 8 czerwca 2015
Z filmu do serialu. O "filmowych" aktorach i ich serialowych karierach
Autor:
Klapserka
o
16:46
5
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
clive owen,
eva green,
glenn close,
idris elba,
jeff daniels,
jessica lange,
josh hartnett,
kevin spacey,
mads mikkelsen,
matthew mcconaughey,
O kinie,
robin wright,
steve carell,
vera farmiga,
viola davis,
william h. macy,
woody harrelson
sobota, 8 marca 2014
300: Początek imperium
Nigdy nie byłam fanką filmów o starożytnych wojnach. Zawsze mnie nudziły te wszystkie rzędy tarcz, tryskająca spod mieczy krew i wyglądający w zbrojach totalnie identycznie wojownicy. I tak wszystko zawsze skupiało się wokół jakiejś intrygi bądź czyjejś pożądliwości, a kończyło zwycięstwem - nawet gdy pyrrusowym - tych dobrych. Niby ciekawe, a jakieś takie nużące. Nie spodziewałam się, żeby prequel 300 pokazał coś nowego. I nie myliłam się.
środa, 2 maja 2012
Ostatnia miłość na Ziemi
Ostatnia miłość na Ziemi nie jest - jak wielu durnie prawi - filmem katastroficznym. Filmy katastroficzne mówią o końcu świata, a w Ostatniej miłości na Ziemi kończy się wszystko prócz niego właśnie - świat stoi tu uparcie, choć wszystko, na czym i z czego budowaliśmy nasze życie, odchodzi. Pozostaje tylko ten jeden jedyny perfect sense. Który? Ten najwięcej mówiący i najmniej istotny jednocześnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)