Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą julianne moore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą julianne moore. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 listopada 2015

Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 2

Z drugą częścią ostatniego aktu Igrzysk śmierci wielu z nas wiązało duże nadzieje. Kosogłos. Część 2 miał nie tylko zgrabnie domknąć wszystkie główne wątki, ale też udowodnić, że jego sztuczny, marketingowy podział miał przynajmniej minimalny fabularny sens. Z obu tych założeń spełnić udało się, co było do przewidzenia, tylko pierwszy. Fakt, że historia walecznej Katniss Everdeen naprawdę się tu kończy jest tak pewny, jak ten, że porcjowanie dania głównego ma rację bytu tylko wtedy, gdy jego treść jest wystarczająca, by nasycić i posmakować. Kosogłos jest taką treścią, ale tylko pod warunkiem, że wyjmiemy co lepsze kąski z obu jego części. Jako samodzielny film druga jego część jest bowiem na tyle dobra, by zaspokoić apetyt, na tyle jednak naciągana, by pozostawić niedosyt.


sobota, 2 maja 2015

Still Alice

Nie miała dr Alice Howland szczęścia w polskich kinach. Aż do końca lutego, mimo wyraźnych znaków, że film jest wart uwagi i doceniany przez wszelkie gremia, żaden polski dystrybutor filmem się nie zainteresował. Dopiero stanowiący wisienkę na torcie z dotychczasowymi statuetkami Oscar dla Julianne Moore za pierwszoplanową rolę sprawił, że Still Alice mogliśmy zobaczyć na dużym ekranie. Wciąż nie wszędzie, bo dystrybucja została bardzo ograniczona, ale dobre i to. Tym bardziej, że film - jak można było się spodziewać - okazał się bardzo dobry.


niedziela, 23 listopada 2014

Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 1

Gdy po premierze pierwszej części Hobbita słuchałam narzekań na podzielenie historii na trzy odsłony, powiedziałam, że jeśli te części mają wyglądać tak jak pierwsza, to ja nie mam nic przeciwko. To czysta przyjemność trzykrotnie oglądać tak dobre kino. Przez pierwsze dwie części Igrzysk śmierci miałam podobne zdanie. Trzecia okazała się wielką próbą mojej sympatii dla tego pomysłu i całej serii.


poniedziałek, 17 listopada 2014

Mapy gwiazd

Zaczęło się od Pająka, którego nieopatrznie przywiozłam do domu i - co rzadko mi się zdarza z filmami, których nie znam i sama nie widziałam - poleciłam tacie. Siedliśmy nawet do tego filmu razem i razem też skonsternowani walczyliśmy przy nim ze snem. To nie było dobre pierwsze wrażenie, a i o dalsze Cronenberg nie dbał. Być może wszystko jeszcze przede mną, być może Cosmopolis (pisałam o tym nieporozumieniu tutaj) było tylko wpadką, a wczorajsze i jutrzejsze filmy tego 71-letniego (!) kanadyjskiego ekscentryka udowodnią mi, że warto z nim zawrzeć bliższą znajomość. Szczególnie, że jego najnowsze Mapy Gwiazd - mimo oczywistych dla reżysera udziwnień - to jednak zaskakująco niezła rzecz.


poniedziałek, 30 grudnia 2013

Don Jon

Wzbraniałam się przed tym filmem rękami i nogami, ale są święta i warto sprawiać ludziom przyjemność. Robię to więc i przyznaję: niepotrzebnie walczyłam. Debiut Josepha Gordona-Levitta to całkiem zręczny obraz współczesnych relacji damsko-męskich, a niepoważny z pozoru motyw główny wypada w nim zaskakująco poważnie i świeżo.
 

niedziela, 31 lipca 2011

Samotny mężczyzna

A, to ten film, w którym Firth zagrał geja. Fu. A właśnie, że nie fu! Z dużym opóźnieniem, ale siadłam w końcu do filmu Forda, bo miłość homoseksualna mnie nie mierzi, a już tym bardziej nie jest wyznacznikiem w ocenie filmu. Poza tym: przecież to na pewno nie jest jakiś chory pornos i więcej będzie tu zmysłowości i czystej erotyki niż brudnego seksu. Nie pomyliłam się.